Głos, który pamięta – po co pedagogice głosu wiedza o traumie.

Opublikowane przez Pani od Głosu w dniu

Spis treści

1. Wstęp
2. Czym trauma jest, a czym nie jest
3. Jak trauma może wpływać na Głos i ekspresję
4. Podstawy trauma – informed voice pedagogy (pedagogiki głosu uwzględniającą traumę)
5. Rola nauczyciela: co możemy robić, a czego nie powinniśmy robić
6. Lekcja głosu to nie terapia, ale… może działać terapeutycznie (say what now?)
7. Małe zmiany, które robią wielką różnicę w praktyce
8. Studium przypadku: czego nauczyła mnie własna droga
9. Zakończenie
10. Źródła i materiały

Ten artykuł dedykuję mojemu mężowi, Łukaszowi,
który trzymał mnie w każdej mojej wersji niezliczoną ilość razy, gdy się rozpadałam wielokrotnie i zbierałam na nowo w poszukiwaniach i integracji. Każdemu życzę takiej miłości, która trzymając nie zamyka, a otwiera. 


“My body is a cage (…)
My mind holds the key”

1. Głos, który pamięta – po co pedagogice głosu wiedza o traumie (wstęp)

W pracy z Głosem łatwo skupić się wyłącznie na tym, co słyszalne i widzialne: na barwie, oddechu, intonacji, napięciach, rejestrach, koordynacjach wszelkiej maści, możliwościach i ograniczeniach naszej kochanej gębo-paszczy. To wszystko jest ważne. Nawet bardzo ważne. Sama spędziłam i wciąż spędzam ogromną część swojej zawodowej drogi, ucząc się Głosu właśnie od tej strony: fizjologii, anatomii, akustyki, pedagogiki, psychologii i praktyki wykonawczej. Im dłużej jednak pracuję z różnorodnością ludzi i ich Głosami, a to już ponad 15 lat, (damn… kiedy to się stało?), tym wyraźniej widzę, że nie każdy głosowy „problem” jest tylko wyzwaniem głosowym. Nie każde napięcie jest po prostu napięciem. Nie każda trudność znika od samej korekty technicznej. I nie każde ciało, które zachęcamy w najlepszej intencji, żeby „odpuściło”, stawia opór bez powodu.

Coraz mocniej wierzę, że pedagogika głosu potrzebuje wiedzy o traumie. Nie po to, żeby osoba nauczycielska stawała się psychoterapeutą, czy żeby diagnozować swoich podopiecznych. Nie po to, żeby każdy przejaw trudności od razu tłumaczyć traumą. Ale po to, żeby nie bać się tego tematu i uważniej rozumieć oraz respektować człowieka, z którym pracujemy. Żeby rozpoznawać, że głos nie żyje w próżni. Że jest częścią ciała, układu nerwowego, historii, relacji, pamięci, sposobów przetrwania i wyrażania siebie. A kiedy to rozumiemy, zmienia się nie tylko to, jak słuchamy czyjegoś Głosu, ale też to, jak uczymy, pytamy, proponujemy, wspieramy, tworzymy przestrzeń i dynamikę relacji uczniowsko-nauczycielskiej oraz jak zatrzymujemy się tam, gdzie potrzeba więcej uważności.

Kilka lat temu pisałam już na tym blogu o tym, że to, co zwykliśmy nazywać „błędami wokalnymi”, bywa czasem strategią przetrwania [klik]. To był dla mnie ważny moment i do dziś bardzo ważny tekst. Dziś jednak chcę pójść dalej. Wzdłuż i wszerz 😉 Nie tylko w stronę samych objawów czy reakcji, ale w stronę pytania: co właściwie znaczy pracować z Głosem z podejściem trauma-informed (czyli pedagogiki wokalnej uwzględniającą traumę)? Co to zmienia w pedagogice wokalnej? Jakie daje możliwości, ale też jakie stawia granice? I dlaczego ta perspektywa może być tak cenna zarówno dla nauczycieli, jak i dla osób uczących się pracy z własnym Głosem?

I tak, wiem, że przysłowiowej Ameryki nie odkrywam. Wiadomo, że historia naszego układu nerwowego wpływa na głos, duh, Captain Obvious. W tym tekście nie będę streszczać całej złożoności tematu ani udawać, że jednym artykułem da się go wyczerpać. Nie będę też udawać, że jestem najbardziej kompetentną osobą świata, by opowiadać o nim wyczerpująco. Jednocześnie, poza tym, że temat jest mi osobiście bardzo bliski, widzę też, jak często bywa w pedagogice głosu ignorowany, pomijany, bagatelizowany albo traktowany jak coś, czego lepiej „nie dotykać”. Czasem dlatego, że czujemy się niekompetentni. Czasem dlatego, że zwyczajnie się tego boimy. A jednak wierzę, że można nie mieć wszystkich kompetencji świata i wciąż być nauczycielem bardziej świadomym, bardziej uważnym i po prostu bardziej ludzkim w pracy z cudzym Głosem i własnym. Stąd potrzeba tego artykułu, który powstał w trudach i znojach przez ostatnie kilka miesięcy.Chcę Was zaprosić do uważniejszego spojrzenia: na głos, który niesie historię, na ciało, które czasem pamięta więcej niż świadomy umysł, i na pedagogikę, która może być jednocześnie merytoryczna, etyczna, życzliwa, wspierająca, czuła i jasno osadzona w swoich granicach. Wspominając przy okazji elementy swojej własnej historii, chcę też stanowić najbliższy mi przykład siły tych zależności. Zalążek case study zawodowej trenerki głosu żyjącej z cPTSD, która po 33 latach życia musiała nauczyć się swojego gardła na nowo, patrząc na nie jednocześnie przez soczewkę ludzką, nauczycielską i wzbogaconą wiedzą o traumie.

2. Czym trauma jest, a czym nie jest

Zanim pójdziemy dalej, dobrze byłoby w ogóle ustalić, o czym mówimy. Bo „trauma” to jedno z tych wielkich słów, które weszły do języka codziennego tak mocno, że czasem znaczą już wszystko i nic. Bywa używane trafnie, ale także powszechnie nadużywane, wyśmiewane albo traktowane jak modne hasełko z internetu. A nie możemy sobie pozwolić na wrzucenie tak ważnego tematu do jednego worka z  “niewiadomocotomizmami”

W dużym skrócie i uproszczeniu: trauma to nie samo trudne wydarzenie czy po prostu synonim czegoś bardzo przykrego, bolesnego czy stresującego. Trauma dotyczy tego, jak nasze ciało, układ nerwowy i psychika zareagowały i przeprocesowały w danym momencie doświadczenie, które było zbyt przytłaczające, zbyt intensywne, zbyt długotrwałe albo zbyt pozbawione wsparcia, żeby można je było bezpiecznie zintegrować.

Innymi słowy: dwie osoby mogą przejść przez pozornie podobną sytuację, a jej skutki będą w ich organizmach zupełnie różne. Jedna może wrócić do równowagi stosunkowo szybko, z kolei u drugiej doświadczenie może zostawić po sobie ślady w ciele, emocjach, percepcji, relacjach, oddechu, napięciu mięśniowym, sposobie reagowania na bodźce czy poczuciu bezpieczeństwa. To nie słabość,  „przesada”, czy brak odporności (powiedz to w twarz weteranom wojennym z PTSD  – I dare you, hater).  To po prostu inna reakcja systemu na bodziec, a także informacja o tym, że organizm musiał zrobić wszystko, co potrafił, żeby przetrwać coś, co przekroczyło jego możliwości poradzenia sobie w danym czasie i warunkach. Przykładowo dziecko, którego układ nerwowy dopiero stawia pierwsze kroki w radzeniu sobie na świecie, ma mniejszą szansę przetrwania bez konsekwencji sytuacji przemocowej niż dorosły, emocjonalnie dojrzały człowiek. 

Trauma nie zawsze wynika z jednego dramatycznego wydarzenia. Czasem będzie związana z czymś nagłym i ostrym. Czasem z czymś przewlekłym, powtarzalnym, pozornie „mniejszym”, ale stale obciążającym układ nerwowy. Czasem będzie dotyczyć przemocy, zagrożenia, straty, choroby, odrzucenia, chaosu, życia w ciągłym napięciu. Czasem będzie miała związek z historią relacyjną, z brakiem bezpieczeństwa, przewidywalności albo miejsca na własny głos dosłownie i metaforycznie.

Warto też powiedzieć jasno: nie każda trudność, napięcie, blokada czy emocjonalna reakcja oznacza traumę tak jak i nie każdy problem głosowy będzie miał źródło w historii urazu. Nie każda osoba, która doświadcza stresu, przeciążenia czy dyskomfortu, jest osobą straumatyzowaną. Podejście uwzględniające traumę nie polega na doszukiwaniu się traumy wszędzie i u wszystkich. Polega raczej na tym, żeby zostawić w sobie miejsce na taką możliwość i nie zachowywać się tak, jakby ciało drugiego człowieka było tylko zbiorem mechanicznych funkcji do poprawienia. TYLKO tyle i AŻ tyle. 

W kontekście pracy z Głosem najważniejsze jest dla mnie to, że trauma może wpływać nie tylko na psychikę w sensie potocznym, ale również na bardzo konkretne zmienne, z którymi na co dzień pracujemy na zajęciach: na oddech, napięcie, czucie ciała, tolerancję na bodźce, zmienność czy wyzwania, możliwość bycia słyszanym, gotowość do ekspresji, umiejętność samoregulacji, zdolność do eksperymentowania, reakcje na dotyk, tempo uczenia się, sposób odbierania feedbacku, a czasem nawet na samą możliwość pozostania w kontakcie ze sobą podczas fonacji. I właśnie dlatego temat traumy nie jest jakimś egzotycznym dodatkiem do pedagogiki głosu. Dla mnie to raczej jedna z tych soczewek, przez które warto umieć spojrzeć, jeśli naprawdę chcemy pracować z żywym człowiekiem, a nie tylko z jego krtanią.

Wiedza o traumie nie daje nam prawa do diagnozowania kogokolwiek. Nie czyni z nauczyciela psychoterapeuty. Nie daje licencji na interpretowanie każdego zachowania ucznia po swojemu. Ma nam raczej pomóc być mniej pochopnymi, mniej przemocowymi w swoich założeniach, komunikatach i odruchowych interpretacjach, mniej przywiązanymi do jednej wersji tego, „co się tu na pewno dzieje”, a bardziej otwartymi, ciekawymi i uważnymi.

Bo czasem już samo to robi ogromną różnicę.

3. Jak trauma może wpływać na Głos i ekspresję

Skoro już wiemy, że trauma nie jest samym wydarzeniem, tylko sposobem, w jaki organizm poradził sobie z czymś zbyt przytłaczającym, to możemy pójść o krok dalej i zadać pytanie: jak to właściwie może odbijać się w Głosie?

Jak zwykle w tematach ludzkich i głosowych odpowiedź brzmi: to zależy. I tak, tak…wiem, że to bywa najbardziej irytująca odpowiedź świata, ale uczciwie rzecz biorąc, innej, bliżej prawdy odpowiedzi nie ma. Deal with it 😉 

Nie istnieje uniwersalny zestaw objawów “głosu po traumie”, po których ktoś mógłby sobie albo komuś innemu przykleić taką etykietę. Ludzie reagują niesamowicie różnie. A Głos, jak to Głos, często pokazuje nam tylko fragment większej układanki w tym złożonym systemie naczyń połączonych.

Mimo to są pewne obszary, w których wpływ historii stresu, urazu czy przeciążenia układu nerwowego może być w pracy z Głosem szczególnie zauważalny. Czasem będzie to:

  • walka o swobodny oddech, niedostępność eksploracji niektórych wzorców oddechowych albo trudność w utrzymaniu stabilnego przepływu powietrza,
  • chroniczne napięcie w okolicy szyi, żuchwy, języka, klatki piersiowej, brzucha, dna miednicy, etc.,
  • kompensacja w układzie, która nie wynika z czyjejś indywidualnej anatomii czy zaburzeń na tle chorobowym czy przeciążeniowym,
  • trudność w byciu słyszanym, w wejściu w większą dynamikę, w pozwoleniu sobie na donośność, masę, przestrzeń, ekspresję, przester, krzyk, zawołanie, albo przeciwnie mniejszą dynamikę, łagodność, lekkość bez poczucia bycia zmniejszanym i ściszanym,
  • nadmiar kontroli, ciśnienia, mobilizacji, jakby organizm próbował wszystko utrzymać żelazną ręką, żeby nic przypadkiem nie wymknęło się spod nadzoru,
  • trudność w wyegzekwowaniu konkretnego trybu fonacji, mimo chęci i fizycznych możliwości, nie tylko dlatego, że jest nowy.

U niektórych osób będą to reakcje bardziej sensoryczne. Jakieś ćwiczenie, jakaś pozycja, jakiś tor oddechowy, jakiś rodzaj rezonansu albo konkretne odczucie w gardle może wywołać nagły dyskomfort, niepokój, odruch wycofania, silną reakcję emocjonalną (złość, płacz), zawieszenie, a nawet kompletną blokadę. Obiektywnie z perspektywy fizjologii dane zadanie może być „normalne”, a jednak dla konkretnego ciała będzie na ten moment zbyt wiele. I nie oznacza to od razu, że „coś robimy źle”. Czasem oznacza po prostu, że organizm skojarzył dane odczucie z zagrożeniem i uruchomił alarm i ochronę szybciej, niż zdążyliśmy pomyśleć o technice. I co warto zaznaczyć, to to, że społecznie uczy się nas by swoje silne reakcje tłumić (a nie zauważać, nazywać i przeprocesować), więc wielokrotnie ani sam użytkownik głosu ani nauczyciel nie ma jak zauważyć, że coś ważnego się właśnie wydarzyło na co warto zwrócić szczególną uwagę, bo nie ma okoliczności, w których przestrzeń byłaby na tyle bezpieczna na to, by to otwarcie nazwać. Tym bardziej tworzenie takich przestrzeni jest w mojej opinii ważne, bo niejednokrotnie okazuje się, że dopiero na zajęciach raz w tygodniu dana osoba dostaje przyzwolenie na przestrzeń, w której zacznie zwracać na siebie świadomą uwagę, przez moment a nie pędzić na autopilocie. Zapyta siebie “czego dzisiaj potrzebuję, a czego chcę?”

Bywa też, że wpływ traumy na Głos jest mniej widowiskowy, ale równie realny. Może objawiać się

  •  trudnością w eksperymentowaniu,
  •  silnym perfekcjonizmem,
  •  przerażeniem przed popełnieniem „błędu”,
  •  potrzebą bycia idealnie prowadzonym,
  •  odcinaniem się od czucia ciała,
  •  trudnością z samoregulacją
  •  niemożnością odpowiedzi na pytanie „co teraz czujesz?”,
  •  people-pleasingiem wobec nauczyciela,
  •  zamrożeniem przy feedbacku albo przeciwnie: bardzo silną reakcją obronną na nawet łagodną informację zwrotną. Nie dlatego, że ktoś jest „trudnym uczniem”. Tylko dlatego, że system może być ustawiony na przetrwanie, nie na swobodną zabawę i eksplorację. 

O narzędziach dotyczących komunikacji w pracy z Głosem, feedbacku, słuchaniu ciała w pracy z głosem pisałam dużo w odrębnych wpisach na tym blogu  [klik]

Czasem trauma dotyka też samej relacji z własnym Głosem. Zdolności do zajmowania miejsca. Do mówienia „nie” na głos, czy komunikowania swoich potrzeb, chęci, obserwacji. Do bycia słyszanym bez poczucia winy. Do bycia tak dużym lub tak małym jak się tego potrzebuje. Do nie monitorowania i analizowania i nieoceniania siebie nieustannie. Do wydobywania z siebie dźwięków, które są bardziej surowe, dziwne, w pół drogi do celu, większe, mniejsze, dziksze, mocniejsze, lżejsze, albo po prostu bardziej własne. Dla części osób Głos nie jest wyłącznie narzędziem artystycznym czy komunikacyjnym. Jest też obszarem, w którym spotyka się historia bycia uciszanym, zawstydzanym, niesłyszanym, kontrolowanym albo karanym za ekspresję czy nawet za istnienie.

I właśnie tu chcę bardzo wyraźnie ponownie postawić granicę: to nie znaczy, że każda trudność głosowa jest skutkiem traumy. Nie chcę tu tworzyć nowej wersji wokalnego horoskopu, w którym wszystko nagle zaczyna oznaczać traumę. To byłoby równie niepomocne, jak udawanie, że temat nie istnieje. Chodzi raczej o to, żeby umieć brać pod uwagę, że dla niektórych osób Głos nie jest tylko kwestią koordynacji mięśni, czy zastosowaniem innego ćwiczenia, techniki czy metody, ale również miejscem, w którym spotykają się historia ciała, emocji, relacji i przetrwania. A naszym zadaniem jest to bez oceny respektować, próbując spotkać się z kimś tam, gdzie jest teraz i pracować z Głosem, który ma teraz. 

A kiedy to rozumiemy, zmienia się bardzo wiele. Zmienia się tempo pracy, język, którym ze sobą rozmawiamy, sposób zadawania pytań. Zmienia się to, jak proponujemy ćwiczenia, jak reagujemy na opór, jak interpretujemy czyjeś „nie mogę”, „nie wiem”, „nie czuję”, „nie chcę” albo „dziwnie mi z tym”. Zmienia się też nasza nauczycielska pokora, bo przestajemy zakładać, że jeśli coś nie działa, to wystarczy hasło “jeszcze raz tylko lepiej”, albo, że to coś na pewno z nami i naszymi metodami jednoznacznie jest coś nie tak. Jak coś nie działa to jest moment na pauzę i refleksję w dwie strony, by można było pomału odkrywać co ma szansę zadziałać lepiej w danym momencie. 

Czasem trzeba najpierw sprawić, żeby organizm w ogóle miał warunki, by spróbować inaczej. No to wdech… i  nurkujemy głębiej.

4. Podstawy trauma – informed voice pedagogy 

Skoro trauma może wpływać na to, jak ktoś korzysta ze swojego Głosu, to pojawia się kolejne ważne pytanie: co właściwie mamy z tą wiedzą zrobić jako osoby nauczycielskie? I tu właśnie wchodzi perspektywa, którą najczęściej określa się jako trauma-informed, a po polsku powiedziałabym po prostu: pedagogika wokalna uwzględniająca traumę.

To nie jest kolejny system ćwiczeń, zamknięty protokół ani magiczny zestaw technik, który rozwiąże wszystkie problemy. To raczej sposób myślenia, postrzegania i bycia w relacji z drugim człowiekiem. Taki, który bierze pod uwagę, że ciało i układ nerwowy naszych podopiecznych mogą nieść historię, której nie znamy i znać nie musimy, ale której skutki mogą być obecne w lekcji.

Dla mnie pedagogika uwzględniająca traumę zaczyna się tam, gdzie kończy się odruch bezrefleksyjnego poprawiania człowieka. Tam, gdzie zamiast pytać wyłącznie: „jak to naprawić?”, zaczynamy pytać też: „co tu się próbuje ochronić?”, „jakie warunki są potrzebne, żeby organizm w ogóle mógł spróbować inaczej?”, „czy to, co proponuję, jest teraz wspierające, czy tylko teoretycznie słuszne?”. To może subtelna, ale ogromna zmiana.

W praktyce oznacza to między innymi, że:

  • mniej wymuszamy, narzucamy, a więcej proponujemy,
  • mniej zakładamy, a więcej pytamy,
  • mniej interpretujemy za kogoś, a więcej sprawdzamy z kimś,
  • mniej skupiamy się na natychmiastowej korekcie, a więcej na obserwacji, bezpieczeństwie i budowaniu warunków do zmiany,
  • mniej odbieramy komuś strategię ochronną na siłę, a bardziej próbujemy zaproponować bezpieczną alternatywę.

Dla niektórych oldschoolowych wyjadaczy brzmi to może “miętko”, ale nie mylmy miękkości z brakiem konkretu. To nie jest podejście „ojejku, niczego nie ruszajmy, żeby nikogo nie urazić”, a już tym bardziej nie rezygnacja z zastosowania wiedzy anatomicznej, fizjologicznej, akustycznej czy technicznej. Wręcz przeciwnie. To podejście wymaga ogromnej precyzji, świadomości, elastyczności i odpowiedzialności. Różnica polega na tym, że przestajemy traktować wiedzę jak młotek do przybijania wszystkich do jednej normy, a zaczynamy używać jej jako narzędzia do wspierania konkretnego człowieka w jego konkretnym ciele, historii, możliwościach i ograniczeniach.

Pedagogika wokalna uwzględniająca traumę opiera się dla mnie na kilku bardzo prostych, ale nie zawsze łatwych filarach.

Po pierwsze: bezpieczeństwo.
Nie w sensie sterylnego komfortu bez wyzwań, tylko w sensie wystarczająco bezpiecznych warunków, w których układ nerwowy nie musi cały czas walczyć o przetrwanie. Bezpieczeństwo buduje się przez przewidywalność, jasność komunikacji, szacunek, brak zawstydzania, brak przemocy w języku, możliwość zadawania pytań, prawo do niewiedzy, prawo do zatrzymania się i prawo do bycia traktowanym jak człowiek, a nie projekt naprawczy. I przy okazji przypomnę – nauczyciel, może zrobić wszystko co w jego mocy by takie warunki próbować zapewnić, ale to uczeń decyduje o tym czy czuje się bezpiecznie czy nie. Bo każdy odczuwa bezpieczeństwo inaczej. 

Po drugie: wybór i sprawczość.
Trauma bardzo często wiąże się z doświadczeniem braku wpływu, braku wyboru, przymusu albo naruszenia granic. Dlatego tak ważne jest, żeby w pracy z Głosem odzyskiwać choćby małe obszary sprawczości, a także uczenia się tej sprawczości w praktyce przez ucznia zamiast podążania ślepo za nauczycielem jak owca za pasterzem. W praktyce może wyglądać na przykład jak tak:  “Czy chcesz spróbować tej wersji czy innej?”,  “Czy to ćwiczenie jest teraz okej?”,  “Czy wolisz zostać w tej pozycji, czy sprawdzić inną?”,  “Czy chcesz, żebym coś zasugerowała, czy najpierw wolisz powiedzieć, co sama zauważasz?” . To nie są drobiazgi, ani też brak planu czy decyzyjności. To prowadzenie, asystowanie, towarzyszenie w odkrywaniu, a nie uczenie punktów, które należy spełnić aby można było się głosem wyrażać, czy też uczenia jedynie naszej “JeDyNeJSłUsZnEjIpRaWdZiWeJ  metody pracy z Głosem”.  To są często fundamenty budowania bezpieczniejszej relacji z własnym Głosem i ciałem. Zadawanie pytań, poszukiwanie odpowiedzi, tolerancja nie wiedzy, klarowność i samodzielny wybór. 

Po trzecie: tempo i dawkowanie.
Nie wszystko trzeba robić od razu, głębiej, mocniej, dłużej. Nie każda ekspozycja jest rozwojowa, tak jak i nie każde „przełamanie” jest naprawdę pomocne. Czasem mniej znaczy więcej. Czasem jeden mały krok, który organizm może zintegrować bez alarmu, znaczy więcej niż pięć efektownych prób zakończonych przeciążeniem. To jest szczególnie ważne w pracy z oddechem, dynamiką, rezonansem, dotykiem, ekspresją emocjonalną czy zadaniami, które uruchamiają silne odczucia w gardle i ciele. Z drugiej strony, gdy jest gotowość i chęć, możemy próbować skakać w stronę wyzwań, większej gwałtowności, ryzyka, by nie stać się zbyt zachowawczą kluską 😉 Naszym zadaniem jest być uważnym i wspólnie zadecydować z osobą uczniowską czy to dzień na komfort czy wyzwania. 

Po czwarte: ciekawość zamiast założeń.
Perspektywa trauma-informed nie polega na tym, że nagle „wiemy”, co dzieje się z drugim człowiekiem. Polega na tym, że wiemy, jak łatwo się pomylić, jeśli zaczniemy zbyt szybko interpretować. Dlatego ciekawość jest tu cenniejsza niż pewność. „Co zauważasz?” bywa lepszym pytaniem niż „czy czujesz napięcie?”. „Jak Ci z tym?” bywa lepsze niż „to powinno być przecież łatwe”. „Czy chcesz, żebym zaproponowała coś innego?” bywa lepsze niż ciśnięcie dalej tą samą metodą tylko dlatego, że „zwykle działa”.

Po piąte: godność i brak zawstydzania.
To, że czyjeś ciało albo Głos reagują w jakiś sposób, nie jest powodem do upokorzenia, zniecierpliwienia ani budowania narracji o byciu „zepsutym”, „trudnym”, „opornym” czy „nieprawidłowym”. Ciało i układ nerwowy robią to, co potrafią w danym momencie. Naszym zadaniem nie jest karać ich za to, że kiedyś uratowały człowieka najlepiej, jak potrafiły.

Jak wspominałam, pedagogika uwzględniająca traumę nie oznacza, że musimy wiedzieć o uczniu wszystko, nawet jak zbieramy różnorodny i wnikliwy wywiad (a ja owszem tak robię). Jednak naprawdę nie potrzebujemy czyjejś pełnej życiowej historii, żeby pracować z większym szacunkiem, ostrożnością i elastycznością. Podopieczny nie musi zasłużyć na dobre traktowanie wyznaniem swoich ran. To nie spowiedź. Ale wiązanie ust na supełek może doprowadzić do implozji.
Praca z głosem jest bezapelacyjnie często pracą z emocjami, przekonaniami i myślami, ale to potrafi zamieszać w garze wątpliwości… To gdzie są te granice? 

5. Rola nauczyciela: co możemy robić, a czego nie powinniśmy robić

W tym miejscu dochodzimy do czegoś, co wydaje mi się absolutnie kluczowe w całym temacie: granic roli nauczyciela. Bo im więcej mówimy o traumie, emocjach, układzie nerwowym, bezpieczeństwie i relacji, tym łatwiej wpaść w dwa skrajne uproszczenia. Z jednej strony w lęk pod tytułem: „o nie, to w ogóle nie moja działka, lepiej nie dotykać niczego poza techniką”. Z drugiej strony w pokusę, by wejść za głęboko i zacząć pełnić wobec ucznia rolę, do której nie mamy kompetencji, przygotowania ani uprawnień.. I jedno, i drugie może narobić szkód.

Powiem więc bardzo jasno: pedagogika wokalna uwzględniająca traumę to nie psychoterapia poprzez głos.

To, że pracujemy z czymś tak intymnym i wrażliwym jak Głos, nie daje nam automatycznie kompetencji psychoterapeutycznych. Nawet jeśli jesteśmy empatyczni, uważni, dobrze wykształceni i po ludzku mądrzy. Nawet jeśli sami przeszliśmy kawał własnej terapii (macham do Was z pozycji weteranki). Nawet jeśli mamy wybitną intuicję i doświadczenie. To wszystko może nam bardzo pomagać w byciu lepszym nauczycielem, ale nie zamienia pracy z Głosem w terapię. I uwaga, teraz może się zrobić w wielu ciałach szczególnie niekomfortowo (daj sobie na to przestrzeń i życzliwość jeśli Ciebie to dotyczy/dotyczyło).

Praca z głosem, który doświadczył traumy to również nie stawianie siebie w roli wybawcy, uzdrowiciela, jedynej osoby, która „naprawi” czyjś głos i życie przy okazji. To częsty archetyp, więc uznałam, że choć można by mu poświęcić więcej uwagi, na ten moment wystarczy mu tutaj ten akapit. A teraz wszystkim ciałom, którym zrobiło się wewnętrznie niewygodnie, bo zarezonowało… wdech i wydech… 🙂

Znajomość granic nie oznacza, że nigdy nie zbłądzimy. My, nauczyciele też mamy swoją drogę i swoja kompleksowość do oswojenia. Sama nieustannie uczę się szlifować te granice jak diament i daleko mi do ideału. I Ty też nie musisz być doskonałością by móc to robić lepiej niż do tej pory. Nie jesteś sam i jak mawia Michalina Tańska – “mam prawo do błędów – żyję pierwszy raz” 🙂

To co w takim razie należy do naszej roli w tym kontekście?

Tak jak wspomniałam w poprzednim rozdziale. Należy do niej przede wszystkim:

  •  tworzenie możliwie bezpiecznych, przewidywalnych i życzliwych warunków pracy,
  •  uważna obserwacja, słuchanie, zadawanie pytań,
  •  dostosowywanie tempa,
  •  elastyczność  w strategiach i w poszanowaniu różnorodności ciał i układów nerwowych,
  •  dbanie o język i komunikację,
  •  proponowanie zamiast wymuszania,
  •  uznawanie reakcji ciała i emocji bez zawstydzania ich [klik],
  •  pomaganie uczniowi rozwijać sprawczość, samoświadomość i umiejętność korzystania ze swojego Głosu w sposób bardziej świadomy, funkcjonalny i własny.

Należy do niej również zauważenie, kiedy coś wykracza poza zakres naszej pracy. Kiedy temat, który pojawia się na lekcji, nie jest już tylko kwestią ekspresji, techniki, napięcia czy sposobu uczenia się, ale może potrzebować wsparcia psychoterapeutycznego, psychiatrycznego, fizjoterapeutycznego, foniatrycznego czy innego specjalistycznego. I nie ma w tym nic uwłaczającego. Wręcz przeciwnie. Umiejętność powiedzenia: „to wygląda na coś, z czym warto pójść też gdzieś dalej” bywa jednym z najbardziej odpowiedzialnych gestów, jakie możemy wykonać.

Oczywiście nasze dyscypliny się przenikają i to jest wspaniałe. Sama jestem fanką pracy interdyscyplinarnej, wśród specjalistów pochodnych dziedzin, więc zakres w którym się szkolę w kontekście głosu jest szeroki. I to nie znaczy, że po szkoleniach z tymi specjalistami nie mam prawa podzielić się narzędziami, które mogą być pomostem między dziedzinami. I to cudowne, że tak jest. Nie umywam rąk od rozmowy o ciele i jego wpływie na pracę głosem tylko dlatego, że nie jestem fizjoterapeutą i wiedza na temat terapii manualnej jest dla mnie pomocna, ale nie zlecam strategii terapii problemów z szyją, nawet jeśli mogę wskazać miejsca i edukację wartą zgłębienia. To, że nie jestem logopedą nie sprawia, że nie podejmę próby zorientowania się w sytuacji wędzidełka języka, jeśli wiem jak i słyszę, że może być kwestią warta zgłębienia – ale i tak odeślę do logopedy po diagnozę i dalsze kroki w tej sprawie. Tak samo psychologicznie. Niejednokrotnie sugeruje, że być może dany temat byłby wartościowy do zbadania w takim procesie. Bo zdarza się, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że praca psychoterapeutyczna to nie tylko leczenie zaburzeń psychicznych, ale także pomoc w codziennych wyzwaniach naszej psychiki. 


Jeśli osoba uczniowska chce się ze mną czymś podzielić, więcej niż nazwaniem stanu emocjonalnego i gdzie go czuje w ciele, czy tym, że ma trudną myśli w kontekście pracy z Głosem. Ale przykładowo chce się podzielić kawałkiem swojej intymnej historii z własnej woli… daję temu przestrzeń, bo to ogromny przywilej i podarowane zaufanie. Później w praktyce dzięki tej wiedzy o kimś mogę respektować tę osobę jeszcze precyzyjniej w przyszłości. Nie daje mi to jednak prawa wychodzenia poza moje kompetencje, ale jak najbardziej daje mi możliwość bycia życzliwym, empatycznym i wspierającym drugim człowiekiem, jak i specjalistą.  Bez doradzania życiowo czegokolwiek, moralizowania, terapeutyzowania. Bez ratowania, naprawiania czy bagatelizowania. Po prostu bycie z kimś w kruchości, bycie świadkiem, bez oceny, w koregulacji czy empatii – to potężny dar. Uważam, że to ważne by tworzyć przestrzeń na wyrażanie rzeczy głosem, nie tylko artystycznie, bez przekraczania granic. Wszyscy potrzebujemy takich przestrzeni i pomocy w ukierunkowaniu i ukształtowaniu energii ekspresji. A przecinanie się tematów głosowych i układu nerwowego są nie uniknione i znajomość tych korelacji i praca z nimi znacząco wpływa na pracę z Głosem (więcej o tym wszędzie na blogu :P).

Nie należy natomiast do naszej roli:

  • diagnozowanie czy leczenie traumy, zaburzeń czy przyczyn psychicznych,
  • wypytywanie o szczegóły czyjejś historii tylko dlatego, że jesteśmy ciekawi lub wydaje nam się, że „to pomoże”,
  • interpretowanie każdej reakcji ucznia po swojemu i przedstawianie tego jako prawdy objawionej,
  • popychanie kogoś do „przełamania” za wszelką cenę,
  • wymuszanie zwierzeń emocjonalnych,
  • traktowanie lekcji jak miejsca do rozkopywania starych ran bez kontenera i kompetencji do ich utrzymania,
  • ignorowanie, umniejszanie i bagatelizowanie reakcji emocjonalnych i zgłaszanego dyskomfortu (fizycznego, emocjonalnego i mentalnego),
  • podejmowania decyzji za uczniów, o tym co dla nich najlepsze,
  • budowanie zależności, w której uczeń zaczyna wierzyć, że bez nas nie ma dostępu do swojego Głosu, ani do siebie.

To ostatnie jest szczególnie ważne. Bo nawet najbardziej troskliwa, „głęboka”, zaangażowana relacja nauczycielska może stać się niezdrowa, jeśli zaczynamy zajmować w niej zbyt dużo miejsca. Jeśli uczeń ma czuć się przy nas bezpieczniej, sprawczo i bardziej świadomie, to nie po to, żeby uzależnić się od naszej obecności, tylko po to, żeby z czasem coraz lepiej umiał być ze swoim Głosem również bez nas. Więcej o tym pisałam w tym artykule [klik]

I właśnie tu według mnie pojawia się jedna z najważniejszych różnic między byciem nauczycielem a wchodzeniem w rolę terapeuty. Terapeuta pracuje z historią życiową, mechanizmami psychicznymi i procesem leczenia w ramach odpowiednich kompetencji, kontraktu i metod. Ja jako nauczycielka, trenerka głosu pracuję z Głosem, ekspresją, układem nerwowym, muzyką, techniką, uczeniem się, odczuwaniem, zachowaniami i reakcjami, które pojawiają się tu i teraz w kontakcie z głosem. To naturalnie się ze sobą przecina, (bo nasze schematy zachowań w głosie wykraczają poza ćwiczeniówkę i odwrotnie, często nasze mechanizmy w głosie się ukażą) i może mieć działanie wspierające, regulujące, a nawet dla niektórych głęboko poruszające. Ale to nadal nie jest to samo ;).

Dla mnie najzdrowsza pozycja nauczyciela w tym wszystkim to pozycja kogoś, kto jest uważnym, kompetentnym, życzliwym towarzyszem procesu, a nie właścicielem czyjejś drogi. Kogoś, kto potrafi powiedzieć: „widzę, że to ważne”, ale nie udaje, że musi wszystko rozumieć czy wiedzieć. Kogoś, kto potrafi zatrzymać ćwiczenie, jeśli organizm mówi „za dużo”, ale nie robi z każdej reakcji wielkiego dramatu, pozwala jej być. Kogoś, kto wie, kiedy zostać w swojej pedagogice, a kiedy odesłać dalej.

Bo dobrze rozumiana granica nie dystansuje relacji. Ona ją chroni. W dwie strony. 

6. Lekcja głosu to nie terapia, ale… może działać terapeutycznie (say what now?)

I tu dochodzimy do miejsca, które bywa trochę zdradliwe językowo. Bo z jednej strony bardzo chcę jasno stawiać granicę, że lekcja głosu to nie psychoterapia. Z drugiej strony równie mocno nie chcę udawać, że praca z Głosem nie może być dla człowieka głęboko wspierająca, regulująca, poruszająca czy nawet w jakimś sensie uzdrawiająca. Może. I często jest. 

Różnica jest ważna, ale nie musi być sztywna ani chłodna. To, że coś ma działanie terapeutyczne, nie oznacza jeszcze, że jest terapią. Spacer może działać terapeutycznie. Taniec może działać terapeutycznie. Pisanie dziennika może działać terapeutycznie. Rozmowa z kimś bezpiecznym może działać terapeutycznie. Muzyka, śpiew, ruch, oddech, twórczość, ekspresja, relacje, kontakt z ciałem i własnym głosem również mogą takie działanie mieć. I to jest wspaniałe. Nie musimy tego umniejszać tylko dlatego, że chcemy zachować granice roli.

Muzyka i głos mają w sobie coś niezwykłego: potrafią angażować człowieka całościowo. Czasem pomagają coś nazwać, czasem coś poczuć, czasem coś wyrzucić z siebie, czasem coś ułożyć, gdy kliknie.

Jeśli miałabym zebrać to wszystko do jednego wspólnego mianownika, powiedziałabym tak: praca z Głosem ma znaczenie nie tylko dlatego, że pomaga nam optymalniej, efektywniej i efektowniej mówić, śpiewać i używać fonacji ekstremalnej czy wykonywać określone zadania wokalne. Ma znaczenie również dlatego, że dla wielu osób może stać się przestrzenią odzyskiwania kontaktu ze sobą: z ciałem, układem nerwowym, własnym oddechem, ekspresją, przyjemnością, własnym „tak” i własnym „nie”, prawem do zajmowania miejsca, decydowania o sobie,  możliwością bycia słyszanym i słuchania siebie samego, z tworzeniem, które żeby było prawdziwe, nie musi być idealne.

Praca z Głosem daje możliwość zauważenia siebie, uczy subtelniejszego odczytywania sygnałów z organizmu, daje okazję do eksperymentowania w bezpieczniejszych warunkach, pozwala odzyskiwać sprawczość. A czasem po prostu pomaga komuś poczuć przyjemność, ulgę, satysfakcję, moc, miękkość, swobodę albo wzruszenie tam, gdzie wcześniej było tylko napięcie, odcięcie lub kontrola. To wspaniałości dla których warto żyć i jak uwielbiam być ich świadkiem 🙂

Dla niektórych osób szczególnie ważne jest to, że Głos to nie tylko szlifowanie warsztatu i kondycji wokalnej, ale niejednokrotnie może stać się drogą powrotu do ekspresji, do miejsca zajmowanego sobą w świecie, komunikowania potrzeb czy nawet bycia słyszanym bez natychmiastowego wstydu. Jest też często przestrzenią zabawy, kreatywności, tworzenia, testowania i stawiania sobie wyzwań i zgodą na własny dźwięk i własne istnienie. Praca Głosem ma wartość nie tylko artystyczną, rzemieślniczą, hobbystyczną. Nie tylko technicznie. Nie tylko zawodowo. Ale też zwyczajnie ludzko. Egzystencjalnie. Nasze pracownie i studia wokalne bywają miejscem, w którym ktoś pierwszy raz od dawna doświadcza, że może zrobić dźwięk bez kary. Może sprawdzać, błądzić, próbować, bawić się, ryzykować i wracać do siebie krok po kroku.

To wszystko może być bardzo poruszające. Czasem wręcz transformujące. I to właśnie dlatego warto być precyzyjnym w słowach, bo jeśli wszystko nazwiemy terapią, to rozmyjemy zarówno wartość psychoterapii, jak i pedagogiki głosu. Jedna i druga może być ważna. Jedna i druga może człowiekowi realnie pomóc. Jedna i druga może się czasem pięknie uzupełniać i wzajemnie siebie informować, ale nadal nie są tym samym.

Dla mnie lekcja głosu może być doświadczeniem wspierającym wtedy, kiedy nie próbuje być czymś, czym nie jest. Kiedy pozostaje osadzona w swojej roli, a jednocześnie daje człowiekowi przestrzeń do bycia potraktowanym poważnie, z szacunkiem i uważnością w swojej indywidualnej całości. Kiedy można na niej nie tylko ćwiczyć technikę, ale też uczyć się kontaktu ze sobą i tego, że rozwój i ekspresja nie musi opierać się na przemocy, zawstydzaniu ani nieustannym poprawianiu siebie. Kiedy ktoś dostaje nie tylko narzędzia wokalne, ale też trochę więcej zgody na własny Głos.

Nie wierzę w odseparowywanie muzyki i głosu od człowieka jak preparatu w słoiku, a nasze zajęcia mogą być miejscem integracji. Nie zamiast terapii, jeśli jest potrzebna, ale obok i w pięknym porozumieniu i splocie. 

7. Małe zmiany, które robią wielką różnicę w praktyce

No dobrze. To wszystko brzmi pięknie, mądrze i bardzo etycznie, ale pojawia się naturalne pytanie: jak to właściwie wygląda w praktyce? Co realnie może zrobić osoba nauczycielska, która chce pracować bardziej trauma informed, więc z większą uważnością i szacunkiem dla ciała, układu nerwowego i historii swoich podopiecznych, a jednocześnie nie zgubić konkretu, techniki i celu pracy?

Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba od razu wywracać całej swojej pedagogiki do góry nogami. Czasem największą różnicę robią małe przesunięcia. Ta kropla co drąży skałę.  Niby drobne, a jednak zmieniające bardzo wiele w tym, jak ktoś doświadcza lekcji, swojego Głosu i samego siebie.

1. Zaczynaj od orientacji, nie od rozpędu

Zanim rzucicie się w skale, ćwiczenia czy repertuar, warto po prostu sprawdzić, z czym dana osoba dziś przychodzi. Nie w sensie z jakim problemem, tylko z tym jaka jest jego wewnętrzna pogoda. Chcemy o tym wiedzieć nie tylko kurtuazyjnie jako small talk na początku zajęć, ale także diagnostycznie i regulacyjnie. Nie musi to być wielki rytuał ani przesłuchanie. Czasem wystarczy kilka prostych pytań:

  • Jak Ci dziś w ciele?
  • Jak Ci dziś/w tym tygodniu z głosem?
  • Na co masz dziś zasoby, ochoty, potrzeby, a na co raczej nie?

To pomaga nie tylko Tobie dobrać strategię, narzędzia i plan zajęć. To pomaga też uczniowi zatrzymać się i zauważyć siebie (być może pierwszy raz w ciągu dnia czy tygodnia…), zanim zacznie znowu działać na autopilocie.

2. Proponuj, zamiast narzucać

To drobna zmiana języka, ale jej skutki potrafią być ogromne. Zamiast:
„Zrób tak.”
można częściej powiedzieć:
„Sprawdźmy, co się stanie, jeśli…”,
„Czy chcesz spróbować takiej wersji?”
„Zobacz, czy to jest dla Ciebie bardziej dostępne/ satysfakcjonujące/wygodne.”

To nadal jest prowadzenie i to bardzo konkretne. Tyle że zostawia więcej miejsca na sprawczość, współpracę i realny kontakt z tym, co dzieje się w ciele drugiej osoby.

A bardziej metaforycznie (bo wiecie jak kocham metafory 😏 ) Wsiadamy z kimś do jego auta jak asystujący instruktor i pozwalamy im prowadzić. My w razie czego mamy swój zestaw pedałów i instrukcje, żeby pomóc, ale nie odbieramy osobie śpiewającej jego kierownicy i nie prowadzimy JEGO własnego auta ZA niego. W ten sposób nie nauczy się jeździć sam 😉

Jak to może wyglądać w praktyce, “bo przecież Ola, wiadomo, że nie używam jego głosu za niego, w końcu to on otwiera buzię i śpiewa.”

Mhm.

A pamiętacie ten klasyczny schemat lekcji, który wielu z nas łącznie ze mną przeżyło w którym instrukcje w ćwiczeniu repertuaru lub emisji wyglądają np. tak:

“Zrób ten fragment na tej sylabie, a teraz, otwórz usta tak, język ułóż tak, mhm, super to jedziemy dalej, wyobraź sobie dźwięk jakbyś diamentową kulą dostawał między oczy [lol] teraz dobrze, teraz źle, za mało między oczami [sic!], powtórz to na za tydzień – koniec lekcji”?
I wiele, wiele innych scenariuszy jeszcze bardziej lub mniej anatomiczno-fizjologiczno- pozycjonowanych lub filozoficzno-wyobrażeniowo-ulokowanych (Ps. nie ma nic złego z używaniem wyobraźni jak i wiedzy o biomechanice w prowadzeniu zajęć, sama stosuję – przejaskrawienie dla celów humorystycznych 😉 )

Ten przykład, jak dowcipny i prawdziwy by nie był, to też jest prowadzenie czyjegoś auta i ten ktoś może nawet tego nie zauważyć jak jest prowadzony jak nieobecna w tym procesie wydmuszka, lalka ułożona do pozycji, w której sobie ją wymarzyliśmy, bo tak wydaje nam się słusznie… Jednak nawet i te instrukcje miałyby potencjał, jeśli damy szansę na dwustronną interakcję/feedback/wrażenia od osoby uczniowskiej po wykonaniu prośby od osoby prowadzącej zajęcia chociażby poprzez “Jak Ci z tym? ”. O! Rzekłam.

Wiadomo, że nie tłumaczymy podopiecznym każdego najmniejszego naszego kroku i procesu myślowego za każdym razem, ale studenci poza oddaniem się naszej ekspertyzie i naszemu flow, potrzebują brać aktywnie udział w procesie dobierania ćwiczeń, w zrozumieniu ćwiczenia/intencji/pomysłu, jego zastosowania, jego celu, w zrozumieniu tego jakie konsekwencje niosło, jak to dana osoba poczuła w sobie (czy poczuła jak tego oczekiwaliśmy czy wręcz przeciwnie! Skąd wiemy, jak nie zapytamy? ) – jak może powtórzyć coś udanego w domu samodzielnie, a czego unikać, by nie tylko ślepo powtarzać  sekwencje ćwiczeń z nagraniem z lekcji i liczyć na najlepsze.

Żeby się nie rozpisywać, więcej o tym znajdziesz w tych artykule o Asystowaniu w odkrywaniu [klik

3. Nie zakładaj, że brak odpowiedzi oznacza brak pracy

Nie każdy od razu umie odpowiedzieć na pytanie: „co/gdzie to/jak to czujesz? Co o tym myślisz?”, bo nie każdy ma dobry kontakt z interocepcją (czucie węwnętrzne) czy metakognitywnością (zdolność do monitorowania, regulowania i oceniania własnych procesów poznawczych) i nazwie swoje odczucia szybko, precyzyjnie i poetycko niczym somatyczny i kognitywny bard. Czasem ktoś potrzebuje czasu, zwyczajnie nie wie, lub wie, że czuje „coś dziwnego”, i to też jest cenna odpowiedź. 

Zamiast dociskać, można zapytać inaczej:

  • Czy to było bardziej komfortowe czy mniej?
  • Lżejsze czy cięższe?
  • Swobodniejsze czy mniej?
  • Bliżej tego, czego szukasz, czy dalej od tego?
  • Chcesz to powtórzyć czy zmienić kierunek?

Nie chodzi o to, żeby wszyscy nagle byli mistrzami ultra precyzyjnej samoobserwacji. Chodzi o to, żeby dawać im szansę się tego uczyć bez wstydu, nie robić tego od razu za nich. Niech patrzą na siebie swoimi oczyma, nie tylko przez filtr naszych. Tak stają się samodzielni poza zajęciami. A to jak już wiemy bardzo ważne. O tym jak uczyć się słuchać swojego ciała w pracy głosem pisałam tu [klik] I oczywiście gdy natrafiają na ścianę, to naszym zadaniem jest zasugerować jakąś trasę. 

4. Uważaj na język, zwłaszcza wtedy, gdy coś nie wychodzi

Wiem, że wałkuję ten temat przez pół bloga jak ukochaną ciastolinkę, ale no cóż… będę wałkować dalej, bo warto. Słowa naprawdę mają moc i robią robotę. Zwłaszcza w momentach frustracji, zawieszenia, błędu, przeciążenia czy wycofania. [klik]

Czasem wystarczy zamienić:

  • „Nie, źle” na „Okej, to nie jest jeszcze to, czego szukamy”
  • „Rozluźnij się” na „Zobacz, czy możesz puścić tu odrobinę więcej”
  • „Nie spinaj” na „Sprawdźmy lżejszą wersję” lub “Co możesz zrobić by wesprzeć rozluźnienie?”
  • „To powinno być łatwe” na „Może ten sposób nie jest dziś najbardziej dostępny. Sprawdźmy inny.”

To nie jest językowa kosmetyka. To jest realna zmiana warunków, w jakich ktoś się uczy. Nie w poczuciu nieadekwatności i limitów, a wspólnego odkrywania możliwości.

5. Daj wybór tam, gdzie możesz

Nie zawsze mamy wybór we wszystkim – jasne. Ale w czasie zajęć czy konsultacji jest zaskakująco dużo miejsc, w których można go przywracać np.:

  • pozycja ciała,
  • ruch lub jego brak,
  • kolejność zadań,
  • tempo,
  • ilość powtórzeń,
  • rodzaj ćwiczenia,
  • forma feedbacku,
  • wybór repertuaru,
  • decyzja, czy dziś wchodzimy w większe wyzwanie, czy bardziej dbamy o regulację, komfort i stabilność.

To nie rozwadnia procesu. To go często wzmacnia, bo organizm, który ma choć trochę wpływu, dużo łatwiej współpracuje niż organizm zagoniony do kąta.

6. Traktuj reakcje jak informację, nie jak przeszkodę

Jeśli ktoś nagle się spina, milknie, śmieje nerwowo, odpływa, złości się, płacze, zamraża albo mówi „nie wiem, ale coś jest nie tak”, to nie musi od razu oznaczać katastrofy ani przybycia jeźdźców apokalipsy końca zajęć. To jest informacja. Cenna. Czasem bardzo cenna. A my kochamy informacje, bo zasilają strategie. *zakłada kapelusz Napoleona*. Można wtedy zrobić coś radykalnego w swojej prostocie:

zatrzymać się.

… i być może zapytać:

  • Chcesz chwilę oddechu?
  • Chcesz zmienić ćwiczenie?
  • Chcesz powiedzieć, co się wydarzyło, czy wolisz po prostu chwilę pobyć?

Nie trzeba wszystkiego od razu rozumieć. Czasem wystarczy nie pogorszyć i pozostać człowiekiem z drugim człowiekiem potencjalnie pomagając w czymś, na co sam by się nie zebrał – na pauzę przed reakcją i dalszym działaniem 😉

7. Szanuj zgodę, także w drobiazgach

Dotyk, demonstracja, wejście w czyjąś przestrzeń, mocniejsze zadanie, intensywniejszy dźwięk, bardziej konfrontujące pytanie, nawet nagranie czyjegoś głosu i odsłuchiwanie go na lekcji, to wszystko może być neutralne dla jednej osoby, a bardzo obciążające dla innej.

Pytanie:
„Czy to jest okej?”
„Czy mogę?”
„Czy chcesz to dziś sprawdzić?”
naprawdę nie kosztuje dużo, a może zmienić bardzo wiele.

8. Ucz regulacji i samopomocy przy okazji pracy głosem

Nie w sensie udawania terapeuty czy innego specjalisty, tylko w bardzo praktycznym sensie:
jak zauważyć, że coś jest za dużo,
jak zrobić krok w tył bez poczucia porażki,
jak wrócić do prostszego zadania,
jak rozpoznać przeciążenie,
jak nazwać swój stan i normalizować emocje
jak dobrać sobie narzędzia wspierające.

To mogą być proste rzeczy: chwila orientacji w pomieszczeniu, zmiana pozycji, wydłużony wydech, ruch, pauza, woda, prostsza skala, mruczenie, przejście do mowy, chwila śmiechu, rozmowa, wyjaśnienie mechanizmu działania jakiegoś procesu/ćwiczenia, powrót do znanego ćwiczenia. Małe rzeczy. Wielka robota.

9. Nie bój się zmienić planu lekcji

Czasem najlepszą decyzją pedagogiczną nie jest zrealizować planu. Czasem jest go odpuścić, albo zmodyfikować, albo… wywalić przez okno z czułością i godnością.

Jeśli organizm mówi dziś wielkie neonowe „nie”, a Ty ciśniesz dalej, bo przecież „mieliśmy zrobić belt i distortions”, to możliwe, że wygrasz plan, ale przegrasz człowieka, a to słaby deal, moim skromnym zdaniem. 

Elastyczność nie oznacza chaosu, odpuszczania ani braku standardów. Oznacza umiejętność spotkania rzeczywistości taką, jaka jest dzisiaj, a nie realizacji planu za wszelką cenę, dziwiąc się brakiem rezultatów. I w mojej opinii jest to umiejętność naprawde wysokiego sortu. Bo wielokrotnie możemy naiwnie myśleć, że wiemy CO i JAK komu może posłużyć. “ gdyby tylko mnie posłuchał”. Ale to nie nasz proces, a my mu TYLKO i AŻ towarzyszymy. I każde ciało potrzebuje gotowości na skorzystanie z tego co dostaje, a także zdecydowania czy to jest w ogóle coś dla niego czy wręcz przeciwnie. 

10. Pamiętaj, że Ty też jesteś częścią układu

To może być najmniej wygodne, ale warto to powiedzieć wprost: Twój własny układ nerwowy też jest w tej lekcji obecny. Twoje tempo, ton głosu, niecierpliwość, spokój, napięcie, własna historia,  pośpiech, sztywność, otwartość, sposób reagowania na „opór” czy „brak efektów” naprawdę wpływają na atmosferę pracy.

Nie musisz być mistrzem zen na niezmąconej tafli jeziora, ale warto znać siebie na tyle, żeby wiedzieć:

  •  co Cię triggeruje,
  •  kiedy zaczynasz cisnąć za mocno,
  •  kiedy ratujesz,
  •  kiedy flirtujesz wyłącznie przez pryzmat własnej historii i doświadczeń 🙂
  •  kiedy się usztywniasz czy wycofujesz,
  •  kiedy przestajesz słuchać i zaczynasz tylko wdrażać plan.

Bo trauma-informed to nie tylko to, jak patrzysz na ucznia. To też to, jak umiesz patrzeć na siebie w tej relacji.

To wszystko nie wymaga perfekcji. Nie chodzi o to, żeby po przeczytaniu tego artykułu nagle stać się nieskazitelnym pedagogiem, który nigdy nie powie czegoś niezręcznego, nigdy nie przeoczy sygnału, nie przekroczy granicy i zawsze idealnie odczyta sytuację. Spokojnie. Wszyscy żyjemy pierwszy raz, hm? Nie zliczę ile razy trzasnęłam sobie mentalnego facepalma po lekcji z dodatkiem “mogłam to powiedzieć klarowniej/życzliwiej/wolniej etc….ale spróbuję inaczej następnym razem” To te refleksje sprawiają, że mogę stawać się lepszą nauczycielką.

I jak w każdej relacji również w tej z osobą uczniowską warto ćwiczyć takie zwroty jak “nie wiem”, “nie mam pewności”, “to zależy”, “przykro mi”, “przepraszam”, kiedy są prawdziwe i potrzebne, bo tych najczęściej w relacjach w mojej opinii brakuje, tak samo jak wzajemnego doceniania siebie, ale to na kiedy indziej 😉

Chodzi o to, żeby przesunąć się choć trochę w stronę większej uważności, elastyczności i  szacunku dla tego, że Głos naprawdę nie jest oderwany od człowieka. I dotyczy zarówno ucznia, jak i nauczyciela.

Dla mnie właśnie w tym tkwi piękno tej pracy. W tym, że nie muszę wybierać między techniką a człowiekiem. Między wiedzą a życzliwością.  Między pedagogiką pełną pasji a szacunkiem dla tego, że dla niektórych osób Głos będzie nie tylko narzędziem, ale też drogą. Czasem krętą, frustrującą, czasem dziką, czasem wzruszającą. Najważniejsze, że własną.

I może właśnie dlatego chcę teraz zrobić krok jeszcze bliżej i pokazać Wam, jak te zależności wyglądały i wciąż wyglądają w praktyce na przykładzie najbliższym mi ze wszystkich.Na moim własnym.

8. Studium przypadku: czego nauczyła mnie własna droga

Nie potrzebujecie tutaj mojej pełnej autobiografii, ale jeśli mam uczciwie mówić o pedagogice wokalnej uwzględniającej traumę, to nie chcę udawać, że stoję obok tego tematu wyłącznie jako obserwatorka. Nope. Jestem w nim również bardzo, bardzo osobiście.

Mam za sobą długą, ponad dwudziestoletnią historię złożonej traumy i w konsekwencji cPTSD oraz około dekadę aktywnego zdrowienia. Równolegle przez lata uczyłam się Głosu jako wokalistka, nauczycielka i wieczna Głosoholiczka, łącząc kropki między ciałem, umysłem, emocjami, techniką i pedagogiką wokalną, ekspresją i tym wszystkim, co współczesna wiedza może nam powiedzieć o człowieku w kontekście pracy z Głosem. Szukałam narzędzi, języka i zrozumienia, które pomagały mi nie tylko w mojej własnej drodze, ale też w towarzyszeniu osobom, z którymi pracuję. To były lata edukacji, samoobserwacji, budowania nawyków, samoopieki, terapii, konsultacji, współpracy ze specjalistami i uczenia się siebie na wielu poziomach.

To, że mój głos niesie w sobie ślady traumy, których nikt żadnym ćwiczeniem technicznym nie wygoni, wiedziałam od dawna, bo ile razy słyszałam od nauczycieli “to niemożliwe, że to nie działa!” to nie zliczę,  jednak pracowałam dzielnie z tymi trudnościami maści wszelkiej na tyle, na ile moje ciało miało w sobie gotowości w danym czasie, szanując ograniczenia, z czasem ucząc się akceptacji do swoich ograniczeń – nie tracąc nadziei na rozwój.
Tak stałam się swoją własną podopieczną na kilka lat nie korzystając z zajęć u innych nauczycieli. To było najlepsze, co mogłam dla siebie zrobić wtedy, bo ten czas pozwolił mi dogłębnie siebie samą poznać i dojść do wniosków, że nie trzeba mnie naprawiać, nie jestem zepsuta, tylko kompleksowa – i to moja odpowiedzialność, by tę kompleksowość poznać i zrozumieć najlepiej jak mogę – by potem móc przyjąć czyjąś perspektywę – osoby którą JA wybiorę. Z pozycji swojej silnej podstawy wiedzy o sobie, nie z pozycji szukania kogoś, kto mnie naprawi. Mój głos miał się dobrze, zdrowo i stabilnie, nawet w okresach przepalenia i przemęczenia. Do czasu…

… bo potem zeszły rok wywrócił mój głos do góry nogami. Ta – daaam!

Po najgłębszym procesie terapeutycznym, jaki przeszłam do tej pory, doświadczyłam bardzo silnego uwolnienia związanego z obszarem gardła i głosu. Tak silnego, że nawet dla mnie było to zaskakujące. I bardzo szybko okazało się, że to nie jest tylko emocjonalny moment, który „przechodzi”, tylko zjawisko, które realnie wpływać na mój Głos i moją codzienność. Najprawdopodobniej na zawsze.

Co działo się z moim Głosem

Reakcja mojego organizmu była tak intensywna, że chwilami miałam wrażenie, jakby ciało nie nadążało za tym, co się w nim uruchomiło. Pojawił się szeroki wachlarz objawów psychosomatycznych w obrębie gardła i głosu: od tkankowej nadwrażliwości, drżenia, microspazmy hiperreaktywności i dyskomfortu nawet na sam przepływ powietrza, po wyraźnie ograniczony albo chwilowo brak dostępu do różnych trybów i rodzajów fonacji (zarówno fizycznie jak i mentalnie niektóre sposoby fonacji były dla mnie triggerujące), fragmentów skali, dynamiki, jakości brzmienia czy nawet zwykłej swobody mówienia.  

Podkreślę to mocno: byłam medycznie zaopiekowana, diagnozowana, sprawdzana. To nie była historia infekcji, przeciążenia czy „zajechania” głosu. Medycznie trzeba było wykluczyć to, co możliwe. To ważne, by to zrobić, jeśli dzieje się coś bardzo fizycznego, w takiej intensywności. A jednak to, co się działo, było bardzo realne, bardzo cielesne i bardzo destabilizujące, choć zakorzenione w psyche. Szczególnie, że przez ponad 30 lat nie doświadczyłam żadnych trudności w obszarze gardła od strony tkankowej (technicznych i koordynacyjnych wyzwać jak najbardziej doświadczyłam i wciąż doświadczam zarówno tych powiązanych z traumą jak i tych niezależnych od niej, i to pewnie niejednokrotnie więcej niż niejeden przeciętniak) – choruję bardzo rzadko, a jeśli już, to mało kiedy była to infekcja w obszarze gardła. Jestem generalnie zdrową osobą, intencjonalnie o siebie dbającą. 

Każdy dzień przynosił nowe objawy, nowe odczucia, nowe ograniczenia. Czegoś takiego wcześniej w życiu nie doświadczyłam. Zdarzały się momenty, w których śpiew był prawie niedostępny, a także nawet takie, w których mówienie stawało się wyzwaniem. Bywało, że płakałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a to naprawdę niemało mówi, bo generalnie płacz to jedna z moich fabrycznych funkcji samoregulacji, której używam regularnie, ale to było mocniejsze niż znałam nawet z procesowania najgłębszych ran w czasie terapii.
Nagle okazało się, jak ogromną część mojej codziennej ekspresji stanowi Głos. Nie tylko zawodowo. Nawet zwykłe wygłupianie się, spontaniczne dźwięki, śmiech, swobodne bycie sobą poza pracą stały się czymś mniej dostępnym. I niby to wiedziałam, ale klasycznie i bardzo filmowo – dopiero jak straciłam do tego dostęp – mogłam zobaczyć jaka we mnie jest ogromna dziura po braku. 

A jednak równolegle, miesiąc po miesiącu, zaczęło się dziać coś jeszcze.

Pośród tej niepewności i chaosu, pośród ogromu pracy, szukania strategii, samoopieki, adaptacji, upadania i podnoszenia się, mój Głos zaczął wracać. Tylko że nie wracał jako „ten sam”. Wracał inaczej.

I to do dziś mnie szokuje od strony ludzkiej, bo brzmi jak fikcja literacka, a od strony naukowej/pedagogicznej/psychologicznej… nie szokuje mnie wcale. 

Koordynacje mięśniowe, które znałam i rozwijałam przez dwie dekady, zaczęły się zmieniać. Napięcia zaczęły układać się inaczej. Niektóre rzeczy, które wcześniej były dla mnie trudniejsze albo mniej dostępne, zaczęły się otwierać. Gdybym nie miała nagrań i własnych śladów tej drogi, a także doświadczeń ze swojej własnej praktyki zawodowej kiedy to niejednokrotnie stawałam się świadkinią dla takich procesów wśród moich podopiecznych… to momentami pomyślałabym, że sobie to wszystko wkręcam. Serio. Czułam się jak nowonarodzona sarenka na chybotliwych nóżkach, ucząca się chodzić od nowa. Do dziś wciąż odkrywam, jak bardzo mój Głos się zmienił, a może raczej  – jakim się stał dla mnie zupełnie inaczej dostępnym.

Po około jedenastu miesiącach wróciłam do kondycji, jakiej nie pamiętam u siebie wcześniej. Umiejętności wracały tydzień po tygodniu, przy wytrwałej pracy własnej rehabilitacyjnej i   treningowej, a także pracy interdyscyplinarnej w zespole specjalistów wspomagających. Najpierw bardzo wolno, potem coraz sprawniej. Nie znaczy to, że nagle nie mam żadnych wyzwań głosowych. Haha, hell no. Ale moja dostępność do własnego Głosu, moje rozumienie go i moje zaufanie do niego zmieniły się diametralnie. I choć myślałam, że mam z nim już bardzo ponadprzeciętnie spoko układ, to weszliśmy na nowy poziom relacji.

Czego to nauczyło mnie jako człowieka

Ten proces dotknął mnie nie tylko jako nauczycielki i wokalistki, ale przede wszystkim jako człowieka. Bardzo brutalnie postawił mnie wobec pytań, które łatwo omijać, dopóki wszystko dobrze działa. Kim jestem, kiedy mój Głos, na którym polegałam tyle lat, nagle przestaje być dostępny tak, jak był? Jak bardzo moja tożsamość, poczucie bezpieczeństwa i poczucie wartości były splecione z głosem? Czy umiem być ze sobą także wtedy, gdy nie mogę korzystać z tego narzędzia tak, jak chcę i potrzebuję?

Byłam przerażona. Naprawdę. To był stan ogromnej niepewności, nieprzewidywalności i bardzo realnego lęku o przyszłość. Właśnie wtedy, kiedy wydawało mi się, że zamknęłam w sobie jakiś wielki rozdział i zrobiłam ogromną pracę, życie odpowiedziało swoim pięknym, brutalnym: „sprawdzam”.

Gdy mój głos przeszedł metaforycznie w stan hibernacji w kokonie mojego ciała i miałam w sobie więcej pytań i lęku niż odpowiedzi i nadziei mój mąż wziął moją twarz dłonie i  powiedział mi ze spokojem i pełnym przekonaniem: „Pamiętaj, że jesteś w najlepszych rękach – Pani od Głosu.” I coś to jego zdanie we mnie to uruchomiło. Pomyślałam: nikt nie zna mnie tak jak ja sama. Zawsze o siebie intencjonalnie dbałam w kontekście głosu, ale zaczęłam traktować siebie jak własną uczennicę tak inaczej niż do tej pory. Z maksymalną uważnością, szacunkiem do objawów, bez obrażania się na rzeczywistość za to, że nie jest wygodna. Jednocześnie żyjąc w tej rzeczywistości. Mieszcząc w sobie skrajności – strachu, niepewności, objawów jak i własnej kompetencji, wiedzy i wsparcia, jakie staram się dawać innym, z którymi pracuję. 

To zapewniło mi powtórkę z ważnych życiowych lekcji, których nigdy dość… jeszcze większej cierpliwości, czułości i jeszcze bardziej radykalnego słuchania siebie. Nauczyło jak dawać sobie więcej przestrzeni i poszerzać tolerancję na brak, na ciekawość, na eksperyment, czy niewiedzę. Na bycie w procesie bez potrzeby udawania, że już wiem, dokąd to wszystko prowadzi. A także konfrontację z prawdą, że tego, że pewnych rzeczy w życiu nie da się przyspieszyć, nie da się zapobiec i nie na wszystko mimo chęci i świadomości jest w ciele gotowość od razu. 

Nauczyło mnie to też tego, że z traumą warto pracować jeśli jest na to chęć, gotowość i dobrej jakości wsparcie. Potrafi być to długi i żmudny proces przy cPTSD i trwa wiele etapów pracy z innymi i przede wszystkim ze sobą, ale zmienia jakość życia. A w moim przypadku – dało szansę na pełne życie.

Moja ekspresja też się zmieniła. Stała się odważniejsza, mniej performatywna, bardziej moja. Mniej oparta na tym, co jest żywe, prawdziwe i dostępne we mnie. Chociaż wydawało mi się, że już tak żyłam – zawsze – jak się okazuje –  można wejść głębiej. Bo choć wielokrotnie myślałam, że kręcę się w kółko, tylko schodziłam głębiej po spirali.

Czego to nauczyło mnie jako nauczycielkę

Ten rok wyostrzył we mnie wszystko to, w co jako nauczycielka wierzyłam od dawna. Naprawdę wszystko.

Wyostrzył mój szacunek do tempa, do mikropauz i do pozornie małych sygnałów z ciała bez ich bagatelizowania ani rozdmuchiwania do większych rozmiarów niż są. Do zmienności, do znaczenia uwagi, dialogu, przestrzeni, ciszy, czy mocy współregulacji i trzymania dla kogoś przestrzeni, bez utraty swojej. W tym czuję się jeszcze lepsza.  Do tego, jak wielką wartość ma kontakt ze sobą podczas lekcji, który nie wyklucza kontaktu z drugim człowiekiem, tylko go pogłębia.

Pogłębiło się również nazywanie i chronienie własnych potrzeb. 

Nauczyłam się respektować swój własny układ nerwowy jeszcze radykalniej. Nie tylko w pracy, ale tam szczególnie. Używałam narzędzi i metod, po które przez lata nie musiałam sięgać tak intensywnie, bo przecież „miałam głos”. A jednak wtedy właśnie wszystkie moje pedagogiczne wartości zaczęły się we mnie jeszcze mocniej integrować i ostrzyć.

Wyostrzyły się też moje granice wokół czasu pracy, demonstracji, własnej regeneracji, gospodarowania energią. Moja wieloletnia dyscyplina i troska o siebie nie uratowały mnie przed kryzysem (i nikogo nie uratują, that’s just a natural part of life folks! ), ale sprawiły, że nie musiałam budować życia od nowa z ruin. Ja już dbałam. Teraz musiałam nauczyć się, jak wytrwać i adaptować się do ciągłej zmienności. 

Jednocześnie nabrałam więcej pokory i więcej pewności siebie. To piękne połączenie. Już mniej potrzebuję cokolwiek komukolwiek udowadniać, a jednocześnie wciąż jestem głodna wiedzy, tego, czego nie wiem, i tego, czego jeszcze mogę się nauczyć.

Pracowałam zawodowo także w tym czasie, na tyle, na ile mogłam sobie pozwolić, robiąc miejsce na regenerację. Do dziś mam do siebie ogromną wdzięczność, że mimo tych trudności mogłam dalej pracować, bardzo adaptując do tego swoje “standardowe prowadzenie zajęć”. Być może chwilami pracowałam tylko na oparach z wiary i upartości, że mogę pracować. Kto wie. Ale wiem też, jak ogromnie pomogły mi wiedza i doświadczenie, które gromadziłam przez lata. Dzięki nim naprawdę mogłam sobie pomóc. Jestem sobie za nie bardzo wdzięczna.

I może właśnie dlatego tak mocno widzę dziś, jak bardzo potrzebujemy więcej nauczycieli, którzy potrafią pracować z uwzględnieniem traumy. Nie dlatego, że mają być “bardziej zajebiści” albo zastępować innych specjalistów. Tylko dlatego, że ta perspektywa jest po prostu potrzebna, bo trauma jest zjawiskiem TAK powszechnym, a praca Głosem tak z nim spleciona, że szansa na to, że poznamy w ciągu naszej pracy osobę, która może na naszym trauma informed pedagogy zyskać, jest gwarantowana.

Jestem dumna mówiąc, że stałam się dla siebie nauczycielką jaką zawsze sama chciałam mieć. I cieszę się też mając teraz globalny dostęp do kontaktu z tak wielką różnorodnością takich osób podobnej fali. Wiele osób pracuje w podobny sposób, wnosząc swoją indywidualność do zawodu, którym z zaufaniem oddaję swój głos teraz. Żałuję, że nie trafiłam wcześniej, ale wtedy ta MC nie miałaby swojego origin story. (IYKYK) 😉

Co realnie mnie wspierało

Nie mam jednej magicznej recepty. Nie wierzę w takie rzeczy, bo jesteśmy zbyt różni i zbyt kompleksowi w swojej indywidualności, ale wiem, co mnie realnie wspierało i mogę się tym podzielić w nadziei, że kogoś zainspiruje w jego podróży.

Strukturalna obserwacja i śledzenie zmian. Journaling. Trackowanie objawów, stanu układu nerwowego, dostępności różnych umiejętności głosowych, obciążeń, reakcji i postępów, intencjonalna relaksacja. Potrzebowałam tego nie tylko po to, żeby zbierać dane dla siebie i innych specjalistów, z którymi współpracowałam. Potrzebowałam tego również po to, żeby zmniejszać panikę lękowego mózgu, który w najtrudniejszych momentach podważał wszystko: mój stan, kompetencje, postępy, odczucia, a także moją przyszłość.

Jednym z narzędzi, które wtedy stworzyłam, był własny, autorski system monitorowania głosu i stanu organizmu. Powstał z potrzeby wsparcia samej siebie jednocześnie jako uczennicy w recovery i nauczycielki. Pomagał mi zauważać realne zmiany tam, gdzie lęk mówił, że nic się nie poprawia albo że wszystko jest katastrofą. Dawał mi trochę więcej gruntu pod nogami. Używam go do dzisiaj. Teraz już by rozwijać swój głos dalej, ale już nie z perspektywy recovery. 

Ogromnie wspierała mnie też praca interdyscyplinarna. Psychoterapia, fizjoterapia, rehabilitacja głosu, konsultacje medyczne (foniatria, laryngolog, neurolog), logopedia, suplementacja oparta na wynikach badań i konsultacjach medycznych (nie dobieranych na ślepo!) – i tak zdaję sobie sprawę ze swoich przywilejów.
Jednak tym, co łączyło te wszystkie elementy, byłam ostatecznie ja sama: moja historia, doświadczenie, kompetencje, umiejętność obserwowania, łączenia kropek i budowania dla siebie indywidualnego, wielopoziomowego procesu i aktywnego wspierania w nim, jak na Panią od Głosu przystało. To, co tygryski lubią najbardziej. 

Wspierała mnie także samoopieka w najbardziej podstawowym sensie: rytuały, ruch, intencjonalna relaksacja, jedzenie, odpoczynek, adaptacja planów, pozwolenie sobie na zagubienie, strach, płacz, brak i fluktuacje bez świadomego umniejszania własnej wartości, że tak sobie to roboczo nazwę. Proste, a tak często niełatwe rzeczy. No i ludzie. Wsparcie nie tylko innych specjalistów, ale także ludzi najbliższych, tych, którzy może nie rozumieli wszystkiego dokładnie, ale umieli być obok w sposób, jakiego naprawdę potrzebowałam, bez próby naprawiania czy ratowania. I chyba to jest ważne: nie zawsze potrzebujemy ludzi, którzy rozumieją każdy detal. Czasem bardziej potrzebujemy tych, którzy potrafią wesprzeć nas tak, jak tego w danym momencie potrzebujemy.

Normalizujmy, że zmaganie się z trudnością nie odejmuje kompetencjom. 

Jest we mnie duża potrzeba, żeby powiedzieć to głośno: profesjonaliści też są ludźmi. Też mają ciała, historię. Też chorują, też się boją, przechodzą przez kryzysy, mają nawroty, kontuzje, ograniczenia, przeciążenia, procesy zdrowienia i momenty totalnego „co tu się k*rwa, dzieje!?”.

I to nie odbiera im wartości. Ani ludzkiej. Ani zawodowej. 

Naprawdę nie wierzę, że trudność automatycznie redukuje kompetencje. W wielu przypadkach jest wręcz odwrotnie. Dobrze przeżyta, świadomie integrowana trudność potrafi pogłębić precyzję, etykę, pokorę, czułość, refleksyjność, odwagę i umiejętność spotkania drugiego człowieka tam, gdzie naprawdę jest.

Od dawna czułam, że mam szczególne zaplecze doświadczeń, dzięki którym potrafię rezonować z wieloma osobami. Że to, co było dla mnie kiedyś ciężarem, nauczyłam się też przekuwać w zasoby: metakognitywność, intuicję, szybkość łączenia kropek, ponadprzeciętną empatię, złożoność rozumienia, głód uczenia się, wrażliwość na niuanse, zdolność patrzenia szeroko i głęboko jednocześnie. Ten ostatni rok nie odebrał mi tego. On to jeszcze bardziej zintegrował.

Często mówię, że wstyd to największy działo oblężnicze wokalnego świata. Wstyd związany z byciem człowiekiem w zawodzie pomocowym czy edukacyjnym, który zmaga się z własnymi trudnościami głosowymi, kontuzjami, ograniczeniami, kryzysami czy nieprzewidywalnością własnego instrumentu jest ogromny, tak jak ogromna jest presja na obsesyjną perfekcję. I właśnie dlatego chcę to normalizować, nie ja jedyna. Ja kolejna. Nie po to, żeby robić z siebie przykład do podziwiania. Po to, żeby powiedzieć innym: jeśli coś Was spotyka, nie stajecie się przez to oszustami czy “niegodnymi” wykonywania zawodu. Nie przestajecie być prawdziwymi specjalistami i artystami  tylko dlatego, że też jesteście kompleksowymi ludźmi i przydarzają się wam rzeczy, nad którymi nie macie kontroli.
A ta myśli towarzyszyła mi długo. 

Ten tekst rodził się we mnie miesiącami, może nawet niektóre jego części – latami i może jednym z powodów, dla których w końcu musiał powstać, jest to, że po tym wszystkim jeszcze mocniej zintegrowało się we mnie poczucie, że ta część pedagogiki wokalnej jest potrzebna. Że mój Głosoholizm® jest potrzebny. 

Mój zawód jest niszą. A ja jestem swoją własną niszą w tej niszy. Przez długi czas potrafiło to być samotne i niewygodne. Dziś jest w tym dużo więcej spokoju. Nie dlatego, że jestem „lepsza” albo „gorsza” od kogokolwiek. Tylko dlatego, że coraz głębiej integruje się we mnie prosta prawda:

jestem wyjątkowa w tym, co robię. I są osoby, które potrzebują tego, co mogę dać.I mam nadzieję nigdy nie przestać tego odkrywać, rozwijać i sprawdzać w spotkaniu z tym, co piękne, trudne, niewygodne i żywe.

I ciągle poznawać w swoim życiu Was, tak samo wyjątkowych w tym, co robicie, byście mogli wzbogacać i mnie i innych w mojej podróży. Mhm.

Tak, Ciebie mam na myśli 😉 Jesteś potrzebn_ . I niezależnie przez co przechodzisz, to dobrze, że jesteś. 

9. Zakończenie

Głos nie jest oderwany od człowieka. I na zajęcia nie przychodzi do nas tylko krtań do „ustawienia”. Głos niesie ciało, historię, układ nerwowy, ekspresję, potrzeby i sposoby przetrwania. Dlatego pedagogika głosu, która chce naprawdę wspierać, szczególnie holistycznie i interdyscyplinarnie, nie może zatrzymywać się wyłącznie na technice. Nie musimy być psychoterapeutami, żeby pracować z większą świadomością traumy i uwzględniać ją na naszych zajęciach, respektując jej obecność w Głosach, z którymi pracujemy.

Czasem wystarczy mniej przemocowego pośpiechu, mniej zawstydzania, mniej „powinno”, a więcej ciekawości, szacunku i odwagi, by spotkać człowieka tam, gdzie naprawdę jest, a nie tam, gdzie chcemy, żeby był. Reszta może wydarzyć się z tego miejsca.

Bo Głos, który pamięta, nie potrzebuje fajerwerków ani wszechwiedzy. Potrzebuje edukacji, granic, empatii, uważności i przestrzeni, w której można nie tylko rozwijać swój głos artystycznie, rzemieślniczo czy hobbystycznie, ale też po prostu bezpieczniej istnieć. Nie po to, żeby naprawiać człowieka. Po to, żeby pomóc mu odzyskiwać większą swobodę, sprawczość i godność w wyrażaniu siebie Głosem, który ma teraz.

I jeśli ta perspektywa zostanie z Wami choć odrobinę dłużej, to znaczy, że było warto. I z racji tego, że artykuł ten publikuję w Światowy Dzień Głosu składam najlepsze życzenia waszym Głosom. Abyście nie ustawały w poszukiwaniu i pielęgnowaniu własnego balansu.
A teraz odsapnę sobie momencik, uff…. 😉

A gdybym miała określić piosenką jak wyglądał ten proces? To do głowy przychodzi mi piosenka Petera Gabriela, którą poznałam w tym właśnie trudnym roku, rezonowała ze mną bardzo i brzmi jakby zawierała w sobie cały arc. Posłuchajcie i poczujcie co macie poczuć, klik w YT

“My body is a cage (…)
My mind holds the key
Set my spirit free
Set my body free
My mind holds the key”

💡Źródła i materiały:

Książka  – Trauma and the Voice – A Guide for Singers, Teachers, and Other Practitioners – Emily Jaworski Koriath (Anthology Editor)

Artykuły naukowe;
Singing in Co-Harmony: An Introduction to Trauma Informed Voice Care (Megan Durham)

Investigating Past Trauma in Laryngoresponders Versus Non-Laryngoresponders: Piloting New Methods in an Exploratory Study (Diana Rose Becker, Brett Welch, Elisa Monti, Harmony Sullivan, Leah B. Helou)

Self-Reported Stress, Trauma, and Prevalence of Laryngoresponders in the General Population (Leah B. Helou, Brett Welch, Sarah Hoch and Jackie Gartner-Schmidt )

Does Self-Reported Childhood Trauma Relate to Vocal Acoustic Measures? Preliminary Findings at Trauma Recall (Elisa Monti, Wendy D’Andrea, Steven Freed, David C. Kidd, Shelley Feuer, Linda M. Carroll & Emanuele Castanohttps)

Speech-based Markers for Posttraumatic Stress Disorder in US Veterans (Charles R. Marmar   Adam D. Brown   Meng Qian   Eugene Laska   Carole Siegel   Meng Li   Duna Abu‐Amara   Andreas Tsiartas   Colleen Richey   Jennifer Smith   Bruce Knoth   Dimitra Vergyri) 

What’s in a Singer’s Voice: The Effect of Attachment, Emotions and Trauma  (Elisa Monti, David C. Kidd, Linda M. Carroll &Emanuele Castano)

Posttraumatic Stress Disorder and the Nature of Trauma (Bessel van der Kolk)

Can Childhood Trauma Impact the Adult Voice Through the Brain? (Elisa Monti, Diana Van Lancker Sidtis)

Voice as Embodied Sense: Rethinking Voice and Language in Trauma Healing (Melinda Nettifee)

Więcej świetnych źródeł Voice and Trauma Resources


📢Dajcie Głos w komentarzu i napiszcie co myślicie 📢
Dziękuję za poświęcony czas, kochani Głosoholicy i do następnego!
Pani od Głosu

Głodni tematów związanych z Głosem?
Zachęcam do śledzenia mnie na:
www.paniodglosu.pl
Facebook Pani od Głosu
Instagram @panidoglosu


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *